Osiem lat w roli sekretarz generalnej, sześć sezonów jako prezes - to dorobek pracy dr Dagmary Gerasimuk w Polskim Związku Biathlonu. - Decyzja o odejściu po czternastu latach nie była łatwa. To nigdy nie była dla mnie praca od ósmej do szesnastej, poświęcałam temu 24h na dobę - powiedziała Gerasimuk, która wygrała konkurs na stanowisko dyrektora rozwoju Międzynarodowej Unii Biathlonu (IBU).

Od marca pełni pani funkcję dyrektora rozwoju IBU. To nowoutworzone stanowisko - czym się pani zajmuje?

- Nie tylko stanowisko jest nowe, powstał cały departament rozwoju, którego zadaniem jest usystematyzowanie wszystkich dotychczasowych działań podejmowanych przez IBU w tym zakresie. Moim nadrzędnym zadaniem są działania dotyczące edukacji, kształcenia trenerów, zawodników. Do tego celu wkrótce powołana zostanie IBU Academy. Odpowiadam również za politykę zrównoważonego rozwoju IBU, a więc działania związane nie tylko z ochroną środowiska, ale też ekonomią czy etyką. Wprowadzane przez nas rozwiązania będą musiały być potem implementowane przez narodowe federacje. Zajmuję się też wdrażaniem zasad równouprawnienia kobiet i mężczyzn w strukturach naszej federacji. Zagadnienie to zainicjowane zostało podczas ubiegłorocznego IBU Gender Equality Seminar, które organizowaliśmy w Warszawie.

Czy przy uchwalaniu nowej konstytucji IBU udało się przemycić postulowane wówczas zapisy mające na celu zwiększenie obecności kobiet w organach decyzyjnych światowej federacji?

- Owszem, od 2022 roku w zarządzie IBU będą musiały zasiadać co najmniej dwie kobiety. Zwiększona zostanie również reprezentacja pań podczas kongresu. W każdej delegacji krajowej składającej się z dwóch osób, jedna z nich będzie musiała być kobietą. To są może małe kroki, ale mają być wstępem do czegoś większego. Wciąż jest bowiem sporo do zrobienia w tym zakresie.

Kiedy planowany jest start IBU Academy?

- Chciałabym, żeby do końca bieżącego roku powstała struktura organizacyjna oraz programy edukacyjne. Nie wystarczy powiedzieć, że chcemy mieć trzy stopnie edukacji trenerów. Do każdego z nich trzeba rozpisać sylabusy, a takie opracowania wymagają czasu. Nie ukrywam, że stworzenie IBU Academy to w tej chwili mój flagowy projekt. Zależy nam na wdrożeniu systemu szkolenia i podnoszenia kwalifikacji trenerów biathlonowych. Wszystko to przy współpracy z uczelniami wyższymi, które kształcą trenerów sportów zimowych. Nie będziemy się ograniczać do podnoszenia kwalifikacji tylko tej grupy, planujemy również szkolenia np. dla menedżerów w federacjach krajowych.

Na ile w nowej pracy przydają się doświadczenia wyniesione z kilkunastoletniej pracy na rzecz rozwoju biathlonu w Polsce?

- Ten bagaż doświadczeń jest niezastąpiony. Przeanalizowałam systemy organizacji szkolenia w różnych krajach i naprawdę nie mamy się czego w Polsce wstydzić. Już teraz wiem, że będę chciała na niwę międzynarodową przenieść sprawdzony na naszym krajowym podwórku program "Biathlon Dla Każdego". Uważam, że jest to doskonałe narzędzie dla krajów, które chcą rozwijać naszą dyscyplinę, do tego by spopularyzować biathlon i zapewnić sobie dopływ najmłodszych do uprawiania sportu. My jako IBU wesprzemy ten program finansowo, sprzętowo oraz merytorycznie.

Decyzja o zamianie Katowic na Salzburg, gdzie siedzibę ma IBU, przyszła łatwo? Wiem, że propozycja startu w konkursie na dyrektora rozwoju pojawiła się dużo wcześniej.

- Nie było tak, że pewnego dnia się obudziłam i stwierdziłam, że czas na zmiany. To trwało długo, miałam czas na przemyślenia. Po czternastu latach w Polskim Związku Biathlonu nie było łatwo podjąć decyzję o odejściu. To nigdy nie była dla mnie praca od ósmej do szesnastej, poświęcałam temu 24h na dobę. Duże znaczenie miało to, że pomimo zmiany pracy, wciąż zajmuję się biathlonem. Pierwsza myśl o przeprowadzce pojawiła się, gdy jeszcze jako członek zarządu zaczęłam tworzyć założenia projektu IBU Academy. Pomyślałam, że żal byłoby oddawać to zadanie komu innemu.

Nie była to jedyna opcja rozwoju pani kariery zawodowej. W listopadzie sondowano panią w kontekście objęcia teki ministra sportu. Jak wspomina pani medialne zamieszanie związane z tą propozycją?

- Towarzyszyły temu ogromne emocje. Na stole leżała kusząca propozycja. Nigdy wcześniej nie myślałam o takim stanowisku, więc byłam nią zaskoczona, ale traktowałam to też jako spore wyróżnienie. Wszystko to działo się jednak w takim momencie mojego życia, gdy jedną nogą byłam już w Austrii. Całe to zamieszanie wspominam bardzo miło. Widząc nagłówek "Dagmara Gerasimuk ministrem sportu" do teraz się uśmiecham i żartuję, że był to taki jednodniowy awans do struktur rządowych.

Sam fakt, że była pani w gronie kandydatek pokazuje, że sześcioletni okres zarządzania związkiem spotykał się raczej z pozytywnym odbiorem całego środowiska sportowego. W jakiej kondycji zostawiła pani polski biathlon?

- Na tle innych związków sportowych wyróżniamy się sposobem funkcjonowania, strukturą organizacyjną, strategią i celami długoterminowymi. Mamy odpowiednie rezerwy budżetowe, nie mamy żadnych zobowiązań finansowych i to w sytuacji gdy dotacje ministerialne są niższe niż bywały wcześniej. Mimo to możemy kontynuować szkolenie, zatrudniać pracowników, zabezpieczać zawodników w odpowiedni sprzęt. Oczywiście, że zawsze chciałoby się więcej, nie dysponujemy budżetem czołowych reprezentacji świata, ale ogólna kondycja związku jest w mojej ocenie dobra.

Co zrobić, żeby biathlon na stałe dołączył do grona ulubionych dyscyplin Polaków? Czego brakuje, żeby wzbudzał większe zainteresowanie kibiców i mediów? 

- Systematycznych wyników w sezonie zimowym. Mam tu na myśli takie występy, by nasz zawodnik lub zawodniczka co tydzień stawał na pucharowym podium. W tym sezonie, zwłaszcza w końcówce, było już blisko. Wyniki w pierwszej dziesiątce osiągane przez Monikę Hojnisz-Staręgę nie okazały się jednak wystarczające by rywalizować na czołówkach portali sportowych ze skoczkami, którzy walczą o zwycięstwo w każdym z konkursów. Jest to bezwzględne i okrutne stwierdzenie, ale w tym momencie tylko podobne wyniki pozwolą nam wejść do pierwszej ligi sportów w Polsce. 

Najlepszy sportowo moment ostatnich sześciu lat? Medale w Kontiolahti?

- Jeżeli chodzi o sukcesy sportowe to tak. Pamiętam zwłaszcza historyczny występ w sprincie, gdzie obok drugiego miejsca Weroniki Nowakowskiej mieliśmy jeszcze w czołówce Krystynę Guzik i Magdalenę Gwizdoń na lokatach numer pięć i siedem. Medale są ważne i wiążą się z ogromną satysfakcją, ale dla mnie zawsze najbardziej liczyła się drużyna, dlatego równie znaczącą chwilą był bieg sztafetowy na MŚ w Oslo zakończony czwartą pozycją. Również występy drużynowe na igrzyskach w Pjongczang czy tegorocznych MŚ w Anterselwie, choć mogą kojarzyć się z porażką, to dostarczyły mi najwięcej emocji w całym moim biathlonowym życiu.

Było też kilka zakrętów jak choćby częste zmiany w sztabie szkoleniowym - był okres, w którym co roku musiała pani rozglądać się za nowym trenerem biathlonistek. Wygląda na to, że Michael Greis zakotwiczy u nas na dłużej. Jak ocenia pani miniony sezon w wykonaniu jego podopiecznych?

- Zanim przejdę do oceny to muszę powiedzieć, że trener Greis próbuje zmienić sposób podejścia zawodniczek do sportu wyczynowego. Wprowadza zupełnie nową jakość treningu. Tłumaczy dziewczynom, że końcowy rezultat w największej części zależy od nich, a nie od sztabu czy serwisu. Uważam, że to bardzo dobre myślenie i dlatego cieszę się, że zostaje z nami aż do igrzysk. Przechodząc do oceny zawodniczek - bardzo satysfakcjonowały mnie wyniki Moniki Hojnisz-Staręgi. Naprawdę niewiele brakowało by wywalczyła medal MŚ, w jej przypadku forma przyszła w najważniejszym momencie sezonu. Tego samego nie można niestety powiedzieć o Kamili Żuk czy Kindze Zbylut. Być może wiedziona swoimi ambicjami oczekiwałam od nich na MŚ miejsc w pierwszej dwudziestce. Spory progres zrobiła Joanna Jakieła, która zaliczana jest do grona najlepszych juniorek świata. Udokumentowała to medalem MEJ. Rozwija się zwłaszcza w biegu, co daje jej spore szanse na płynne przejście do kategorii seniora. 

Swoją pracę na stanowisku trenera kadry mężczyzn zakończył trener Kołodziejczyk. Wykonał stawiane przez panią zadania? Nasi biathloniści po raz pierwszy od dziesięciu lat znów będą mogli startować w konkurencjach indywidualnych we czwórkę.

- Całą kadencję musiałam mierzyć się z powracającymi pytaniami dlaczego męski biathlon jest w Polsce dużo słabszy od kobiecego, więc każdy postęp, każdy awans traktuję jako małą iskierkę nadziei na przyszłość. Zdaję sobie sprawę, że poprawa lokaty w Pucharze Narodów może być niezauważona przez kibiców, którzy liczą tylko medale i miejsca w dziesiątce, ale bardzo się cieszę z tego, że w przyszłym sezonie będzie mogło startować czterech naszych zawodników. Dlatego uważam, że trener Adam Kołodziejczyk zrealizował stawiane przed nim cele, stworzył podstawy funkcjonowania kadry, z których czerpał będzie nowy trener. Jak tak dalej pójdzie to nie będziemy mieć problemu z kwalifikacją na igrzyska olimpijskie. 

Pani następcą na stanowisku prezesa PZBiath został prof. Waśkiewicz, który pełnił już tę funkcję w latach 2006-2014. Przyrównując to do sportowej rywalizacji wygląda to trochę jak supermikst. Wyobraża sobie pani w przyszłości powrót do roli prezesa tak, żeby dopełnić formatu tej sztafety?

- Odchodząc ze stanowiska spotkałam się z głosami wdzięczności. To było bardzo miłe, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że "umarł król, niech żyje król". Nie wiem jak potoczy się moje życie, jeśli jednak kiedyś wrócę do Polski, będę chciała wciąż pracować w sporcie i nadal będę stanowić atrakcyjną propozycją dla środowiska biathlonowego to nie mówię nie.