Olle Dahlin od września ubiegłego roku pełni funkcję prezydenta Międzynarodowej Unii Biathlonu. Szwed podkreślił, że stawia Polskę za wzór pod względem działań wdrażanych dla rozwoju dyscypliny na poziomie krajowym. - Ciekawi mnie zwłaszcza sposób, w jaki wykorzystujecie karabinki laserowe w treningu z dziećmi - powiedział.

Jakie pierwsze skojarzenie o polskim biathlonie przychodzi Panu na myśl?

- Pewnie nie będę oryginalny pod tym względem. W 1995 roku pełniłem funkcję menedżera reprezentacji Szwecji i doskonale pamiętam jak wielką niespodziankę na mistrzostwach świata zrobił wtedy Tomasz Sikora. Poza tym od lat z zainteresowaniem śledzę rozwój naszego sportu w waszym kraju. Jestem pod wrażeniem programów, które wdrażacie żeby podnieść poziom biathlonu. W kadencji 2014-2018 byłem wiceprezydentem IBU odpowiedzialnym za rozwój dyscypliny i zawsze stawiałem Polskę za wzór pod tym względem.

Jest szansa, że inne kraje przykładem Polski będą wprowadzać u siebie programy typu „Biathlon Dla Każdego” czy „Celuj w Igrzyska”?

- Ciekawi mnie zwłaszcza ten pierwszy program i sposób w jaki wykorzystujecie karabinki laserowe w treningu z dziećmi.  Dobre pomysły zawsze są warte realizacji. W niedalekiej przyszłości zamierzamy stworzyć „IBU Academy”, czyli ośrodek, który będzie zbierał wszystkie te ciekawe idee w jednym miejscu. W jego powstanie silnie zaangażowana jest prezes Gerasimuk. Dlatego jestem przekonany, że praca, którą wykonujecie w Polsce będzie miała swój wpływ na funkcjonowanie akademii.

Jest Pan świadomy z jakimi problemami natury codziennej musi sobie radzić związek biathlonowy w takim kraju jak Polska?

- Nie znam szczegółów, ale podejrzewam, że tak jak w większości przypadków problemem są finanse. Im więcej ma się ciekawych pomysłów, tym więcej środków trzeba znaleźć na ich realizację. Mamy do czynienia z błędnym kołem – żeby mieć finansowanie, trzeba się wykazać dobrymi wynikami, o te jednak trudno bez pieniędzy. Pracujemy nad zmianami systemu kontrybucji finansowej, który będzie ściśle powiązany z tempem rozwoju poszczególnych federacji narodowych.

Rozmawiamy przy okazji pierwszego IBU Gender Equality Seminar in Sports Leadership. Co należy zrobić, żeby zwiększyć rolę kobiet w biathlonie?

- Organizacja tego seminarium jest pierwszym krokiem ku temu. Musimy zdiagnozować problem, zacząć o nim mówić. Wymiana doświadczeń, czerpanie wzorców z federacji, które są przed nami w tym elemencie również jest dobrym pomysłem.

Pojawiają się pomysły, aby w niedalekiej przyszłości zacząć stosować parytety dla kobiet przy wyborach do zarządu IBU czy poszczególnych komisji. Jest Pan zwolennikiem takiego rozwiązania?

- Nie popieram go. Wolę abyśmy poszli drogą pracy u podstaw i poprzez organizowanie takich konferencji jak ta w Warszawie uświadamiali kobietom jak bardzo ich potrzebujemy i inspirowali je o tego by działały na rzecz biathlonu. Mam dobre doświadczenia ze Szwecji, gdzie jako prezydent krajowego związku miałem w sześcioosobowym zarządzie cztery panie, które dostały się tam bez pomocy parytetów.

Mija rok od momentu wyboru Pana na stanowisko prezydenta IBU. Jakie było największe wyzwanie, z jakim przyszło się Panu zmierzyć?

- Przez cztery lata byłem członkiem zarządu IBU, więc byłem świadomy wszystkich problemów, jakie przed nami stały. Zaczęliśmy od uruchomienia procedury pisania nowej konstytucji naszej organizacji, jak i nowych planów strategicznych. Musimy ustrukturyzować wszystkie te procesy, a do tego potrzebujemy czasu. Wyzwaniem jest też odpowiednia polityka kadrowa, sztab ludzi pracujący w IBU jest ograniczony, jesteśmy na etapie poszukiwań wzmocnień.

Śledzi Pan doniesienia prasowe dotyczące śledztwa jakie prowadzone jest wobec byłego prezydenta IBU Andersa Besseberga i sekretarz generalnej Nicole Resch?

- Ufamy policji, że robi wszystko by jak najszybciej zakończyć tę sprawę. Sami też powołaliśmy specjalną komisję, która ma zbadać czy wszystkie wewnętrzne akty prawne były przestrzegane przez poprzednie władze. Przede wszystkim skupiamy się jednak na codziennym funkcjonowaniu federacji i przyszłości naszej dyscypliny, a te dwa śledztwa, o których wspominałem żyją swoim życiem. Osobiście nie chcę wchodzić w ocenę zachowań osób wymienionych w pytaniu.

Rosyjski Związek Biathlonu pozostaje wciąż zawieszony w prawach członka IBU. Jakie są jego perspektywy na pełnoprawny powrót do biathlonowej rodziny?

- W grudniu gościłem w Moskwie, gdzie postawiliśmy stronie rosyjskiej dwunastopunktową listę warunków, które muszą spełnić zanim zaczniemy myśleć o zmianie ich statusu. Rosjanie mają do wykonania sporo pracy domowej, tylko od nich zależy jak szybko ją odrobią. Nie chcę spekulować kiedy miałoby to nastąpić, ale jedno jest pewne – muszą spełnić każdy z dwunastu kryteriów. Nie będzie żadnych ustępstw.

Przechodząc do tematów czysto sportowych chciałem zapytać o Pana opinię odnośnie tworzenia nowych konkurencji biathlonowych oraz zmieniania formatów istniejących. Supersprinty, mass starty „60”, skrócone biegi indywidualne. Czy tych zmian nie jest za dużo?

- Musimy być ostrożni i z jednej strony trzymać się tradycji, z której się wywodzimy, a z drugiej wsłuchiwać w głosy telewizji, która chce nowości. Trzeba znaleźć balans między tym, co jest naszym dziedzictwem, a tym, co może przyciągnąć młodą generację do śledzenia naszego sportu. Nie ma jednak np. planów wycofania biegów długich z programów PŚ czy MŚ.

Czy są jakieś pomysły na to by zwiększyć rolę nartorolkowej odmiany biathlonu? Letnia rywalizacja wciąż wydaje się być niezagospodarowanym potencjałem.

- Temat jest interesujący i jak najbardziej aktualny. Jesteśmy w trakcie przeprowadzania pogłębionych analiz potencjału biathlonu na nartorolkach zarówno w wersji stadionowej, jak i tej, która może gościć w centrach dużych miast. Dopiero jak go poznamy, będziemy mogli podejmować jakieś decyzje.

Zaglądając na Pana krajowe podwórko – sukcesy szwedzkiego biathlonu związane są z osobą Wolfganga Pichlera. Teraz gdy przeszedł na emeryturę powstała obawa, że Pana rodacy znów mogą mieć problemy z regularnym stawaniem na podium.

- Uważam, że Wofgang zrobił dla naszego biathlonu kapitalną robotę. Pracowałem z nim od wspomnianych na samym początku naszej rozmowy mistrzostw w 1995 roku. Wspólnie udało nam się zbudować system, dzięki któremu w latach 2010-2014 udało nam się podwoić liczbę biathlonistów w Szwecji. Poszliśmy za ciosem i w kolejnym czteroleciu podwoiliśmy ją raz jeszcze. Jest więc z kogo wybierać, a młoda reprezentacja, która tak zachwyciła w Pjongczang, nie wzięła się więc znikąd. To jest praca, która zostanie na lata.

W biathlonie utarło się powiedzenie o „Wielkiej Czwórce”, czyli reprezentacjach Niemiec, Norwegii, Rosji oraz Francji, które podczas najważniejszych zawodów zgarniają razem 60-70% wszystkich medali. Biathloniści którego innego państwa są najbliżej, żeby dołączyć do tej elitarnej grupy?

- Wystarczy spojrzeć na klasyfikacje Pucharu Narodów, które świetnie oddają siłę poszczególnych reprezentacji. Bez wątpienia w tym gronie są Włochy, Szwecja, Czechy i Ukraina.

Myśli Pan o swojej przyszłości? Zakłada Pan możliwość zakończenia urzędowania po jednej kadencji czy marzy się Panu prezydentura w stylu Besseberga?

- Za wcześnie na spekulacje na mój temat. Z pewnością będę chciał wprowadzić do nowej konstytucji zapisy ograniczające czas urzędowania jednej osoby na stanowisku prezydenta. Dwukadencyjność? Nie wykluczam, ale też niczego nie przesądzam.