26 lat od najlepszego występu Polaka w sprincie na igrzyskach

Nie Wojciech Kozub, nie któryś z braci Ziemianinów, ani też nie Tomasz Sikora – autorem najlepszego występu polskiego biathlonisty na igrzyskach olimpijskich w biegu na 10km jest Zbigniew Filip, który  reprezentował nas na igrzyskach 26 lat temu. – To był mój bieg życia – powiedział nam olimpijczyk z Albertville.

Biathlonista Górnika Wałbrzych w swoim olimpijskim debiucie spudłował tylko raz i zajął szesnaste miejsce.

 – Byłem wtedy młodym chłopakiem, miałem 22 lata, a do tego startowałem jeszcze z pierwszym numerem. Wszystkie oczy na mnie. Nie ukrywam, że wiązało się to z dodatkowym ciężarem, ale udało się go unieść. Każdy mówił, że sprawiłem ogromną niespodziankę, a przecież ja już przed igrzyskami na zawodach Pucharu Świata w Ruhpolding potrafiłem zająć miejsce w czołowej trzydziestce, a gdy na zgrupowaniu przed igrzyskami mieliśmy sprawdzian z reprezentacją Niemiec to okazałem się najlepszy – wspomina po latach Filip.

Co ciekawe pomimo tak dobrego rezultatu nie znalazł się on w składzie sztafety, która cztery dni później ukończyła rywalizację na dziewiątym miejscu.

- Trener Aleksander Wieretielny, który opiekował się już wtedy naszą kadrą, nigdy nie wystawiał mnie do sztafety. Zrobił to raz, nie spisałem się wtedy dobrze i od tego czasu startowali inni. Uważał, że jestem za młody i nie wytrzymuję presji, a starsi i bardziej doświadczeni koledzy poradzą sobie lepiej. Przyznam się szczerze, że nie miałem do trenera pretensji, byłem przygotowany na taką decyzję. To, że nie startowałem nie oznaczało, że miałem wolne. Trzeba było wstać o trzeciej rano i pomóc trenerom przygotować narty, bo nie mieliśmy żadnego serwismena – powiedział Filip.

Mimo niezłego startu w dorosłą karierę, ta nie potoczyła się tak jak należy i po nieudanej próbie zakwalifikowania się do składu na igrzyska w Lillehammer bohater naszego tekstu zakończył przygodę z biathlonem.

- Byłem już wtedy żonaty i sporo czasu zajmowała mi budowa domu. Dodatkowo pojawiły się nieporozumienia z trenerem Wieretielnym. Do igrzysk w Lillehammer przygotowywał mnie już trener Jerzy Szyda. Biegowo wyglądało to dobrze, ale zupełnie nie wytrzymywałem presji strzeleckiej i w efekcie do Norwegii pojechali inni – relacjonuje.

Na poprawę jego rezultatu z Albertville czekamy już ponad ćwierć wieku. Czy jest szansa, żeby w tym roku któryś z naszych biathlonistów pobił osiągnięcie Filipa?

- Być może przy łucie szczęścia się to uda. Życzę chłopakom jak najlepiej, ale nie sądzę, żeby to się stało – ocenił Filip, który sam doczekał się następców. Biathlon uprawiają jego synowie. Bartłomiej był czwarty na Mistrzostwach Świata Juniorów w 2015 roku, a Wojciech jest członkiem kadry młodzieżowej.

- Bartek przez ostatnie półtora roku zmagał się z kontuzją pleców. Cały zeszły rok startował z bólem, dopiero teraz coś się poprawiło. Jego atutem jest strzelanie. Mało kto radzi sobie tak z ciśnieniem na strzelnicy jak on. Wojtek z kolei jest jeszcze pracowitszy niż brat. Biegowo się trzyma, ale widzę, że ma podobne problemy ze strzelaniem jakie miałem ja – ocenił.

Obecnie Zbigniew Filip prowadzi tartak i wspiera działalność klubu biathlonowego UKN Melafir Czarny Bór, którego prezesem jest jego żona Urszula.

- Mamy 70 zawodników, a więc jest dla kogo się starać. W maju czeka nas otwarcie nowej rolkostrady. Zanim wystartuje centrum w Jakuszycach to podejrzewam, że będziemy mieli najlepszy ośrodek treningowy w kraju. Trasy będą rewelacyjne, sam je wyznaczałem – powiedział.

Oprócz Filipa w czołowej dwudziestce sprintu podczas igrzysk olimpijskich plasowali się Wojciech Kozub, który był osiemnasty w Salt Lake City oraz Tomasz Sikora, który był dziewiętnasty w Turynie. W TOP5 znajduje się również drugi występ Kozuba – tym razem z Nagano oraz 25. lokata młodszego z braci Ziemianinów z 2006 roku.

Powiązane osoby

 Polska | mężczyzna | Zbigniew Filip