Wolfgang Pichler jest rozgoryczony decyzją MKOL, która odmawia wydania mu olimpijskiej akredytacji na igrzyska w Pjongczang w związku z jego trzyletnim epizodem w Rosji. Niemiecki trener reprezentacji Szwecji spotkał się z dziennikarzami w Ruhpolding, żeby przedstawić swój punkt widzenia na temat afery dopingowej, która wstrząsnęła całą olimpijską rodziną.

Pichler od 1994 roku pracował w Szwecji współtworząc siłę tej reprezentacji. Nazwiska takie jak Magdalena Forsberg, Ann Carin Olofsson-Zidek, Helena Ekholm, Bjoern Ferry czy Carl Johan Bergman na stałe zapisały się do historii biathlonu. Jako szkoleniowiec z ogromnymi sukcesami wielokrotnie zabierał głos w sprawie afer dopingowych zawsze ostro wypowiadając się o tych, którzy sięgali po zakazane środki. Często byli to biathloniści rosyjscy, tym większe było zdziwienie jak w kwietniu 2011 roku ogłoszono, że Niemiec został trenerem kobiecej reprezentacji Rosji.

Pochodzący z Ruhpolding szkoleniowiec współpracował m. in. z Swietłaną Slepcową, Jekateriną Szumiłową, Jekateriną Głazyriną, Jana Romanową i Olgą Zajcewą. Trzy ostatnie są aktualnie zawieszone przez władze sportowe za podejrzenie stosowania dopingu. Na mocy decyzji MKOl trenerzy, którzy podczas igrzysk w Soczi pracowali z rosyjskimi sportowcami nie otrzymają akredytacji na igrzyska olimpijskie w Pjongczang. Oznacza to, że Wolfgang Pichler, który po igrzyskach w Rosji powrócił do pracy z reprezentacją Szwecji, nie pojedzie do Korei.

Niemcowi nie podoba się, że decyzje podejmowane są na podstawie zeznań jednego człowieka – Grigorija Rodczenkowa – a nie na podstawie wyników testów dopingowych.

- Rodczenkow powiedział, że nie byłem zamieszany w aferę dopingową, ale jako doświadczony trener powinienem zauważyć, że Zajcewa od 4 lat stosuje EPO. W jaki sposób miałem to widzieć? – pytał Pichler. - Olga mieszkała w Belgii i Szwajcarii, większość zgrupowań odbywaliśmy w Ruhpolding, była na każde zawołanie WADA i żadna kontrola nigdy nic nie wykazała. Albo Rodczenkow się myli, albo WADA kryła dopingowiczów. Rozmawiałem z Zajcewą  i nie mam prawa nie wierzyć w jej zapewnienia, że nie korzystała z dopingu – dodał.

Pichler podkreślił, że jego nieobecność w Korei nie będzie miała większego znaczenia dla szwedzkich biathlonistów, bo i tak poza sezonem kontaktuje się z nimi głównie przez internet. Chodzi jednak o zasady.

- Byłem na sześciu igrzyskach, nic się nie stanie jeśli nie pojadę na siódme. Tu chodzi o coś więcej niż o mnie. Mianowicie o sprawiedliwość, o prawo do obrony, którego mi odmówiono. Jestem karany za coś czego nie zrobiłem. MKOL zastosował odpowiedzialność grupową, nie miałem okazji złożyć wyjaśnień, nie mam prawa zaskarżyć tej decyzji do CAS – powiedział.

- Romanowa, która podobno była na dopingu bez karnych rund zajęła w sprincie dziewiętnaste miejsce. Co to za doping, który przy bezbłędnym strzelaniu nie gwarantuje liczącej się zawodniczce walki o medale? Czemu karze się trenerów pracujących w Rosji, podczas gdy za lunetami podczas zawodów Pucharu Świata stoją trenerzy z innych krajów będący zamieszani w doping i ich zakaz wyjazdu na igrzyska nie obowiązuje? – pytał.

W tym ostatnim trudno Pichlerowi nie przyznać racji. Alfred Eder, którego podopieczni podczas igrzysk w Turynie wyskakiwali przez hotelowe okno („defenastracja turyńska”) w obawie przed kontrolerami, wciąż ma się dobrze i jako trener Darii Domraczewej będzie obecny w Pjongczang.