Każdy kolejny dzień przynosi nowe, lepsze rezultaty. Na razie tyczy się to głównie Weroniki Nowakowskiej, ale trener Tobias Torgersen jest pewien, że pozostałe jego podopieczne wkrótce również pokażą, że stać je na podobne wyniki. Zapraszamy do lektury drugiej części naszej rozmowy z norweskim szkoleniowcem polskich biathlonistek.

Każdy kolejny dzień przynosi nam coraz więcej powodów do radości. Co można powiedzieć po takim występie Weroniki Nowakowskiej jak dzisiaj?

- Jej występ był bliski ideału. Można było tylko liczyć na to, że rywalki będą dzisiaj pudłować i wtedy da nam to podium. Weronika spędzała trochę więcej czasu na strzelnicy, ale tego właśnie potrzebowała żeby strzelać celnie. Jestem niezmiernie dumny, że wyciągnęła wnioski i nie powtórzyła błędów z poprzednich biegów. 

Czy możemy liczyć, że podobne rezultaty w najbliższym czasie zaczną osiągać również inne Polki?

- Pozostałe dziewczyny są teraz nieco w cieniu Weroniki, ale wszystkie też są bliskie osiągnięcia bardzo dobrych wyniki. Dzisiaj każda miała o to jedno czy dwa pudła za dużo. Ponownie wywalczyły punkty, na tym będziemy budować ich dalszą formę, by w najbliższej przyszłości osiągały podobne wyniki co Nowakowska.

Śledzi Pan sytuację naszych biathlonistów w kontekście walki o dzikie karty na igrzyska. Jeśli im się powiedzie zyskamy możliwość startu w sztafecie mieszanej. Pana zdaniem dodatkowy start w Pjongczang będzie przydatny?

- Start na igrzyskach jest ogromnym przywilejem, występ w sztafecie mieszanej  również. W Pjongczang będziemy mieć pięć zawodniczek i taki start może być szansą na to by wszystkie miały możliwość się pokazać.

Czyli plan jest taki, że zawodniczka, która nie wystartuje w biegach indywidualnych, znajdzie się w składzie mikstu?

- Są na to duże szanse. Pamiętajmy, że najpierw panowie muszą się zakwalifikować. Jeśli jednak tak się stanie będziemy podejmować decyzje na bieżąco biorąc pod uwagę również to ile dziewczyn zdoła się zakwalifikować do biegu masowego. Na szczęście sztafety są w programie igrzysk już po występach indywidualnych.

Jaki jest Pan w relacjach trener-zawodnik? Przyjaciel czy dyktator?

- Myślę, że nikt nie chciałby siebie określać jako dyktatora. Bycie trenerem to dla mnie wcielanie się w wiele roli w zależności od sytuacji. Lubię ludzi, lubię towarzystwo i wydaje mi się, że udało mi się wyrobić mocną więź z każdą z sześciu biathlonistek, które mamy w kadrze. Podobnie z serwisem i sztabem medycznym, a nawet dziewczynami z biura związku. Relacje międzyludzkie są dla mnie bardzo ważne. One sprawiają, że ciężka praca staje się łatwiejsza. Czasami trzeba być jednak stanowczym. W środę podczas treningu byłem wkurzony na dziewczyny, bo kompletnie ignorowały moje wskazówki. Wiatr się zmieniał, a one nie reagowały na chorągiewki. Musiałem podnieść głos, ale jak widać poskutkowało, bo w czwartek wszystkie przykładały uwagę do wiatru. Nawet jeśli się wściekam robię to w dobrej wierze.

Gdyby był Pan trenerem reprezentacji Norwegii powołałby Pan Ole Einara Bjoerndalena do składu nawet jeśli młodsi zawodnicy wydają się być w lepszej formie?

- Mam ogromny szacunek do tego co w ostatnich dwudziestu latach zrobił Bjoerndalen, ale jednocześnie znam wielu tych młodych zawodników, o których wspominasz i wiem, że oni też zasługują na występ na igrzyskach. Ich pech polega na tym, że są członkami jednej z najlepszych biathlonowych ekip na świecie. Prawdopodobnie w każdym innym zespole łapaliby się do składu. Nie wiem jaką podjąłbym decyzję, ale wydaje mi się, że Bjoerndalen jako obrońca tytułu w sprincie jest automatycznie zakwalifikowany do kadry. Akurat bieg sprinterski jest rozgrywany jako pierwsza z konkurencji, więc po niej zadecydowałbym czy dawać mu kolejne szanse czy go zastąpić. Na chwilę obecną na podstawie samych wyników trudno byłoby mu wywalczyć bilet na igrzyska. Wydaje mi się, że przez te wszystkie lata zapracował jednak na to by potraktować go lżej. Wiele razy już pokazywał, że potrafi przygotować się do najważniejszej imprezy. Wierzę też, że gdyby nie był przekonany co do możliwości osiągnięcia dobrego rezultatu w Pjongczang, to sam zrezygnowałby z miejsca w drużynie.

Ma Pan wielu kolegów w zespole norweskim?

- Tak, z kilkoma rywalizowałem na trasach, z innymi pracowałem jako trener. Do tej pierwszej grupy zalicza się przede wszystkim Bjoerndalen, który jak byłem jeszcze juniorem zaczął odnosić największe sukcesy. Później pojawił się Emil Svendsen, z którym też mam dobry kontakt, ale bardziej przyjaźniłem się z jego bratem Mortenem. Mój brat koleguje się z Tarjei Boe, a Johannes z kolei był jednym z moich podopiecznych, gdy pracowałem w Norwegii jako trener.

Czy już wtedy było widać, że Johannes to taki talent?

- Zdecydowanie tak, chociaż moim zdaniem na tak wczesnym etapie, na jakim współpracowaliśmy nie dało się jeszcze określić, że w wieku seniorskim będzie aż tak dobry. Johannes na początku swojej przygody miał ogromne problemy ze strzelaniem. Na poziomie norweskich zawodów juniorskich zawsze pudłował po 3-4 razy więcej od swoich najgroźniejszych rywali, a mimo to z nimi wygrywał. Cieszę się, że teraz jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do zdetronizowania Fourcade’a.